Tego pamiętnego dnia 17 marca 2007 przez cały dzień padał deszcz.Tak jakby juz niebo płakało za tym kominem i go żegnało.
Gdy oczekiwałam na pociąg i siedziałam na Nadodrzu na drugim peronie to czułam juz coraz to gorszy chłód i wiejący wiatr.Miałam gorączkę i czułam się tak jak ostatnio czyli daty 27 stycznia 2007 gdy to też rozchorowałam się na Nadodrzu.Wtedy śnieg mi sypał w twarz a wiatr był nieznośny jednak jeszcze wtedy był przy mnie komin nastawni WNO.Teraz nie miałam juz nikogo a czas przypominał mi,że powinnam juz opuścić Nadodrze raz na zawsze.
Gdy wreszcie o godzinie 13:45 wsiadłam do pociągu nie poczułam ulgi.Co prawda chciałam jaknajszybciej byc w domu ale w domu będę miała spokój tylko do wieczora,poniewaz wtedy to moi starzy wrócą z pracy a moja zasrana mamuśka znowu będzie traktowała mnie jak dziecko albo będzie zachęcała mnie do założenia rodziny…