W domu

Po moim zakupie na targu poszłam do domu.W domu słuchałam mojej najukochańszej radiostacji Sunshine Live(jak zwykle).

Około godziny 14:30 jak zwykle z pracy wrócił mój ojciec i oznajmił,że o 16 idzie nad stawy na Lędziny na grilla z kolegami z koła łowieckiego(bo mój ojciec jest leśnikiem).Pytałam się czy wziął by mnie ze sobą a on na to,że nie bo nie chce by ktos za nim łaził i tak dalej ale ja postanowiłam,że mimo tego,że jestem w nienajlepszej formie to i tak go tam na własnych nogach odwiedzę:))

Ona na to,że nie chce bym za nim łaziła ale ja i tak poszłam:P

Wyszłam z domu na własnych nogach o 17.Na Lędziny z Twardogóry jest kawałek drogi a na nogach trzeba dodać gazu więc szłam aż mnie buty obtarły:))

Gdy tam zaszłam było cos po 18 i widziałam mojego ojca i jego kolegów.Nagle z naprzeciwka wybiegnął jakis wyżeł i zaczął mnie gonić.Krzyczałam,bo bałam się psiska,zwłaszcza,że już mnie omal jeden nie ugryzł jak przechodziłam lasem przez
Moszyce-Wesółkę i on biegał wkoło swojego domu i wybiegł zza bramy,która była otwarta i chciał mnie ugryźć!!No to juz mi jeden piesek dał nauczkę po drodze a tu taki wyżeł będzie się na mnie sadził!!!

Na szczęście w porę.właściciel zawołał swego wyżła ale przy tym koledzy mego ojca śmiali sie ze mnie i wołali za mną jak sobie poszłam,”How,how”.

A gdzieś ich mam!!!Nawet mnie do siebie nie zaprosili na grilla a przechodziłam obok nich parę razy a jedyne na co było ich stać to na „How,how”.

Chodziłam sobie dookoła stawów na Lędzinach i zbierałam kwiatuszki bo nic innego robic nie mogłam.Musiałam schudnąć te kilogramy,które ostatnio mi przybyły a ruch mi nie zaszkodzi więc chodziłam wśród stawów:))

Dodaj komentarz