Tym razem nie przeżyłam z nią aż tak emocjonującej przygody,jednak też zgodziłam się ją odprowadzić do domu.
Już odkąd ją spotkałam na przystanku przybłąkał się do niej jakiś piesek.Miał nieco brudną,białą sierść i wyglądał trochę na zaniedbanego.Z początku bałam się nawet podejść do koleżnaki z obawy,że piesek gryzie a szczenięciem to on nie był.Jeszcze przed oczami miałam tą przygodę na Lędzinach jak mnie tamten wyżeł gonił a koledzy mego ojca jeszcze się naśmiewali ze mnie to o nie-ja pieskom dziękuję!!!
Moja koleżanka chciała go sobie wziąść do domu bo spodobał jej się.Ja zaproponowałam jej,że skoro on jej się tak podoba a na pewno do nikogo nie należy to może pobiegnąc za nami.I biegnął za nami kiedy ją odprowadzałam.Zastanawiałyśmy się nad imieniem dla pieska.Koleżanka chciała go nazwać „Kudłatek” a ja do niej powiedziałam,że zwariowała bo piesek powinien mieć ładne i dźwięczne imię na przykład „Osvaldo”.Ale w końcu przystanęłyśmy,że otrzyma imię „Ivo”tak jak ten Ivo z telenoweli „Zbuntowany Anioł”.
Niestety,nie odprowadziłam jej pod sam dom tylko zdąrzyłam odprowadzić ją w pół drogi,ponieważ zaczęło padać a ja nie chciałam jeszcze raz tyle zmoknąć.W takim razie zawróciłam do domu a Ivo radośnie biegnął za nową panią:))
Fajną miałam tę przygodę jednak wkrótce wydarzyło się coś co potwierdza tezę,że „Historia lubi się powtarzać”…Do dziś nie mogę się po tym pozbierać…
